KRS: 0000298436
cel szczegółowy:
Karolina Buczma
nr konta:
86 1090 2040 0000 0001 1113 9744
tytuł wpłaty: Karolina Buczma

Rak wspak

Rak wspak to Kar, a Kar to początek od Karolina

odgrzewane kotlety

Zawsze się przyda mieć coś w zamrażarce np.: pierogi babci Krysi, na szybki obiad, jak brak sił czy pomysłu. W sobotę po cyber nożu spuchł mój rdzeń kręgowy. Ból. Leżałam do poniedziałku, nieruchomo. Dzień i noc przesypiałam, potem następny dzień i noc. Przeciwbólowo dostałam ciekawy lek z grupy opiatów, impreza była jak na weselu. Tylko w mojej głowie. Taką cenę przypłaciłam za ten romans z robotem….

Nic do opisania, nawet nie gapiłam się w kontakt, czy szafę, cały czas spałam. Mogę z tej okazji odgrzać dziś Konfucjusza, wizytę w świątyni w której byłam jeszcze w styczniu. Świątynia jest przy ruchliwej ulicy w centrum, a za nią…. osiedle, wysokie wieżowce spoglądają na nią jak na zaspanego, zakurzonego żuka. Przechodząc przez bramę robi się ciszej, spokój oblewa mury i wszystkie zakątki. Kompleks świątyni podzielony jest na trzy strefy. W każdej części jest kilka budynków głównych w których są ołtarze z darami, świeże owoce i olej spożywczy w litrowej plastikowej butelce, reszta darów to sztuczne zwierzęta i kwiaty. Budynki boczne to chyba tez ołtarze, bo leży na nich kilka naczyń, lichtarze do świec i oczywiście uroczy litr oleju w plastikowej butli. Po terenie przechodzi się przez kamienne mosty, bramy z pięknymi dachówkami, małymi przesmykami między budynkami. Taką architekturę chciałam zobaczyć w Chinach, drewniane wysokie progi, charakterystyczne dachy i wejścia, szerokie, łamane w kilku miejscach drzwi. Piękne wazy, dzwony, mosiężne naczynia, zdobione sufity, kute w kamieniu smoki, sala z instrumentami…. Czy coś się tam stało dla mnie znaczącego? Nie. Pusto, bardzo martwe miejsce, pełno kurzu i niebytu. Konfucjusza tam nigdy nie było i może ja to wyczułam, zanim się doczytałam o tym po powrocie. Mimo to jestem zadowolona że odwiedziłam to miejsce, nie wiem dlaczego, nie wnikam.

Zdaniem Konfucjusza podstawowymi cnotami są: humanitaryzm, praworządność, poprawność, mądrość i lojalność. Cnoty te realizują się w pięciu powinnościach, czy też fundamentalnych relacjach społecznych: syna wobec ojca , poddanego wobec władcy, żony wobec męża, młodszego brata wobec starszego, przyjaciół wobec siebie wzajemnie. Urzekła mnie szczególnie jedna złota myśl czy co tam:

Człowiek potyka się nie o góry, a o kretowiska.

I inne:

Ludzie bliscy są sobie naturą, a dalecy przyzwyczajeniami.

Szlachetny każdą rzecz z różnych stron widzi i nie ma uprzedzeń. Prostak rzecz z jednej strony widzi i kieruje się uprzedzeniami.

Człowiek szlachetny kieruje się sprawiedliwością. Człowiek mały – korzyścią.

ps. tu będą zdjęcia.

informacja

Przeczytałam dziś komentarze do wpisu sajber najfi i to jest odpowiedż.

Konstanty Ildefons Gałczyński „Mali pomocnicy”.

Izbę sprzątnąć, rękawicę wełnianą zacerować dużą igłą do cerowania,

drzewa przynieść, wody napompować, to są nasze drobne zadania;

czasem zakładka od książki przepadnie — to my liść podajemy lub kłos żyta,

żeby wiedział, gdzie przerwał czytanie ten, który czyta.

Czasem ktoś zachoruje w środku zimy, to my jemu lekarstwa przynosimy,

opowiadamy, że mróz, że wicher nad rzeką, lecz że wiosna już niedaleko,

i choremu rozpalamy w piecu, żeby, patrząc na ogień, samotności nie czuł.

A gdy sąsiad z ciężkim tobołkiem wchodzi do bramy, to my się do niego uśmiechamy i pomagamy.

Raz dziecku zabawka wpadła pod autobus, myśmy ją wyciągnęli spod kół,

tego motyla na kółkach, żeby znowu berbeć dobrze się czuł.

A to było na wiosnę. Uśmiechał się milicjant, uśmiechała się cala ulica.

Tak właśnie to sobie wyobrażam. Pod moją nieobecność, w mojej izbie mali pomocnicy pracują jak w mrowisku, od dnia w którym poprosiłam o pomoc na najwyższych obrotach. Jeden przesyła ulotkę, drugi pisze wzmacniającą wiadomość, ktoś otwiera portfel, inni organizują koncert, bal, warsztaty, czy spotkanie z mediami. Widzę i słyszę co się w tej mojej skromnej izbie wyprawia, serce mocniej bije, jestem wciąż wzruszona hojnością ludzkich serc. Moja wdzięczność dawno podbiła zenit i podąża jeszcze dalej i wyżej. Słowo dziękuję wydaje się już zbyt małym środkiem wyrazu. Radość z pomocy jaką otrzymuję od rodziny przyjaciół i wszystkich znajomych i nieznajomych jest czymś co mnie wypełnia po brzegi nadzieją , to moje paliwo każdego dnia.

Dziękuję.

 Pieniądze które zbieramy są jakąś sumą w kosmosie, która ma swoją funkcję, nadaną przez każdego darczyńcę, pomoc bliźniemu. Po za realną mocą jaką niesie ze sobą pieniądz podczas mojego leczenia za granicą, czuję jeszcze coś większego, co dociera do mnie każdego dnia, to jest siła dobra jaką niesie mi każdy z Was. To dla mnie rzecz niezwykła, jestem daleko ale świadoma Waszej obecności, wdzięczna i wzruszona jeszce raz dziękuję.

sajber najf

Poniedziałek, wtorek, środa, czwartek, dni spędzone w całości w szpitalu. W lewo włącznik światła, dalej kawałek pomarańczowej szafy, u góry na białym suficie mały kranik przeciwpożarowy, w prawo wieszak z kroplówką, brudne okno i gołębie, które są powtarzającym się elementem krajobrazu szpitalnych okien. Jak się leży przywiązanym do kroplówki jak pies do budy, to przez okno widać tylko niebo i aż niebo. We Wrocławiu w szpitalu na Borowskiej, na Weigla i tu znalazłam zbiór wspólny. Gołębie wypuszczone z gołębnika mają swojego przewodnika, który nadaje kierunek lotu, ptaki w tym samym momencie robią płynne zwroty, podczas których znikają, bo ustawiają się bokiem do patrzącego, po chwili wracają białe, lecą, zwrot i odwracają się ciemną stroną. Zawsze tak samo. Trzy szpitale, trzy gołębniki. Tak samo u mamy na działce, gołębie sąsiada, pana J. Lubię to.

Poznałam kogoś, co dzień się spotykamy, zachowuje się jakby dopiero wczoraj wylądował na ziemi; ciekawy, delikatny, obserwuje mnie jednym okiem. Porusza się odważnie, zdecydowanie, precyzyjnie, jest jakby zwinny. Ufam mu, to Wall E, cyber nóż. Wchodzę do bunkra, kładę się w swojej formie na miarę, doktor puszcza muzykę i to mnie wprowadza w atmosferę relaksu. Słyszę jak zamykają się pancerne drzwi. Wtedy zza moich pleców wysuwa się Wall E. Rozpromieniam się, witam go uśmiechem i całuję. On jest skupiony i zapracowany, ale kiedy tylko spogląda mi w oczy całuję znowu. Nie wiem co myślą o mnie Chińczycy, którzy mają mnie na stałym podglądzie. Nie dbam o to. Widzieliście kiedyś robota? A robota z dziewczyną?!

Moje uczucie do Wall E’ego pozwala mi zapomnieć o zagrożeniach i skutkach ubocznych, które wyłożył nam radiolog na drodze formalności. Widziałam swojego guza, zerknęłam tylko raz. Wiem z czym się mierzę. Co dzień, leżąc pół godziny podczas naświetlania cały czas biegnę, pola, skraj lasu, nawet w jakiś zawodach. Dziś przypomniałam sobie, po ponad 15 latach, że najbardziej lubiłam uczucie jak się wychodzi z wirażu, tuż przed długą prostą do mety.

Ps. Są tu pączki ale to nie jest chiński produkt, generalnie Chińczycy nie mają swoich słodyczy, to co w sklepach, to fala zalewowa Nestle. Chińskie cukierki smakują jak masa zrobiona z mąki ziemniaczanej i cukru nadziewana słodką masą z fasoli. do kawusi dla odważnych.

kopytka niosą mnie!

Doktor Lee wpadł w poniedziałek na wizytę i powiedział, że jutro ma czas żeby zrobić cement jeszcze jednego kręgu. Po obejrzeniu zdjęć kręgosłupa do cyber noża stwierdzili, że krąg nad tym cementowanym nie jest tak zniszczony, ale należy go wzmocnić, to on może powodować ból w łopatkach. Robimy jutro? Zahuczało mi w głowie, zrobiło się gorąco, schowałam twarz w dłonie, igła, młotek, ryzyko, pozbyć się bólu, igła, młotek, pozbyć się bólu pozbyć się bólu pozbyć się bólu….jak zbity pies wróciłam do mieszkania. Nie chciałam być sama. Dziękuję wszystkim za myśli, modlitwę, obecność, wsparcie, słowa. Ja naprawdę wierzę że to jest energia. Myśli tak jak słowa mają moc. Wdzięcznie dziękuję i merdam ogonem.

Od maja żyłam sobie z takim bólem między łopatkami, wczoraj mi go zabrali chińczycy podczas operacji , choć właściwie trudno to nazywać operacją. O 13.10 kładę się na stole, doktor smaruje mnie jakimś brązowym płynem, przykrywa płachtą, robi zdjęcie, rysuje coś na plech, wzdycha, daje zastrzyk znieczulający, wbija igłę, potem dobija ją młotkiem, wierci coś jakimś drucikiem i na końcu wstrzykuje cement. Wyciąga igłę, wyjeżdżam z sali patrzę w górę na zegar nad drzwiami, 14.00. Obsłużył mnie na lunchu. Podczas tego cementowania zdarzyło się że odczułam wielki ból, to było jak ogień, jak pożar, wzdłuż nerwów od kręgosłupa aż pod pachę i do łokcia. Doktor przerwał, zapewniał mnie że wszystko idzie zgodnie z planem i  że profesor jest bardzo ostrożny. Zaczęłam wołać Gustawa, to pierwsze mi przyszło do głowy, jesteśmy nad rzeką, on biega, oni walą młotkiem,  a ja go wołam. Poplątanie zmysłów!!

Dziś rano 25 razy: kopytka niosą cię, kopytka niosą cię, kopytka niosą cię, kopytka niosą cię, kopytka niosą cię, kopytka niosą cię …

Mam nadzieje że nie jest to rodzaj fauno – schizofrenii, że tak często wcielam się w zwierzęta?

Jak dobrze wstać wczesnym rankiem

Poczuć się barankiem

Kopytka niosą cię

Kopytka niosą cię x 25 razy

mobilizacja

Jutro niespodziewane kolejne cementowanie kręgosłupa stop kiedy dziś będziecie spać stop myślcie o mnie ładnie stop
karolina

tak też bywa

Nic się nie wydarzyło, podnoszę się z łóżka ciężka i rozkręcam jak lokomotywa. Rzadko uśmiecham. Ostatnio chyba w czwartek, gdy miałam wbite igły w brzuch i leżałam na środku sali, a obok mnie przechodzili chińczycy i pytali czy jest ok.? Odpowiadałam ok i na znak, że faktycznie tak jest, na wypadek gdyby mi nie uwierzyli, uśmiechałam się. Mnie tu jednak nie ma, wciąż siedzę w swojej głowie, tam sobie przemierzam jakieś przestrzenie, siadam w zakamarkach. Tęsknię, czuję się jak balon z helem zawieszony pod sufitem.

Nic się nie wydarzyło, nawet nie było latarni tylko znowu jarmarczne kolorowe fajerwerki. Przyszły studentki 4 roku pielęgniarstwa i nauczyły mnie mówić kocham cię (łu aj ni). Robiłyśmy zdjęcia i okazało się, że jedna ma w domu żółwia, którego nie zamierza zjeść i nie podoba jej się zwyczaj wybierania zwierząt w restauracji do zjedzenia. W czwartek po mrożeniu miałam uczucie, że jedna igła jest nadal we mnie, zapytałam doktora czy jest pewny, że wyjął wszystkie, wtedy też się uśmiechałam. Dr Lee powiedział, że igły są bardzo drogie i na pewno je wyciągnął, zainteresowała mnie ich cena, ale nie wiem czy się jej dowiem.

Jadłam, głownie leżałam, co dzień 6 godzin kroplówek, coś tam wyszyłam, wyprałam. W sobotę o 17.40 wyszliśmy ze szpitala, nawet 20 łaskawych minut spaceru póki słońce nie zaszło.

Nic się nie wydarzyło? No niestety nie ukrywam że jest mi smutno!

Kate Bush – Director’s Cut

Ps. Jak to wszystko napisałam, to się uśmiechnęłam jak do dziecka które coś przeskrobało. Nic nie naskrobałam, rzewnie się wylałam. Przymiotnik: rzewny; synonimy: ckliwy, czułostkowy, sentymentalny, emocjonalny, płaczliwy.

czas wolny bez komentarza

półmetek

Spóźniona recenzja. Scementowali co należało scementować. Była igła, młotek i cement. Nanosekundy dzieliły mnie od decyzji o ucieczce ze stołu. Wiara w wyzdrowienie pozwoliła mi zacisnąć zęby i trwać. Powstał stelaż, który wzmocnił mój krąg i zapobiegnie złamaniu kręgosłupa po usunięciu guza CYBER nożem. Majstry zaczną działać za pomocą cyber ostrza w następnym tygodniu. Jutro pierwszy z dwóch etapów wymrażania kolejnych guzów w wątrobie. Stawiam kolejny krok.

Jutro tez tradycyjne chińskie święto, obchodzone 15 dni po nowym roku Święto Latarni, stanowiące jednocześnie zakończenie obchodów nowego roku. Unoszące się latarnie zobaczę przez szare okno w szpitalu, a sama puszczę jedną jak wyjdę po wymrażaniu.

Widziałam dziś punkty z jedzeniem tak brudne i obskurne jak piwnice po powodzi, myślę, że już nie robi na mnie to wrażenia, nawet coś bym z ciekawości przekąsiła.

czas wolny z komentarzem

Podglądałam dziś w parku. Miałam opór przed robieniem zdjęć, bo myślę wtedy o blogu a poszłam na spacer ze sobą, mogę opisać com widziała no i zrobiłam jedno zdjęcie. Myślę że jakaś nagroda foto się za nie należy.
Od żelaznej bramy parku jak po nitce szłam za dźwiękiem fletu. Przycupnęłam, odpłynęłam. Grał pan, już drugi raz tam go spotkałam, w tym samym miejscu z tą samą poduszką ( co jest tu powszechnym zwyczajem mieć poduszkę w reklamówce i wyciągnąć tam gdzie się wybrało miejsce do siedzenia ). Wziął trzy flety, wyszedł z domu, grał tak jak ptaki to robią. Do pana przycupnął, ale nie jak ja nieruchomo, inny pan. Ćwiczył tai – chi. Kilka razy widziałam jak coś łapie za ogon, raz ptaka co mu w górę uciekł, raz do lisa się schylił i zaczął skradać. Historia sama się tworzyła. W te chwile wszedł pan nr3, bez skrępowania i nie wywołując w nikim zdziwienia, zatrelował, tak chińsko z gardła i przeszedł stanąć dalej, tylko ja ze znakiem zapytania zostałam. Po co tak głośno i w ogóle po co?
Park jest ogromny kilka boisk do piłki nożnej, poprzeplatany małymi skwerkami, jeziorami, ścieżkami, mostami, domkami, fontanny, pergole, drzewa, pagórki. Zamieszkują go koty, rude i białe persy.
Poszłam dalej i słyszę i widzę! Po drugiej stronie jeziora kolejny pan nr4 z gardła ryknął. Nawołują się pomyślałam, ale nie wiem. Jeszcze kilku potem ich spotkałam w różnych miejscach, idą i nagle wyrywa im się z gardła chiński trel i idą dalej. Niektórzy stoją. Zobaczę, popytam.
Grupa panów przebrała się na ławce i w parach ruszyli truchtem alejami. Słońce się zniżyło,  poszarzało, zawróciłam.

Powszechne jest słuchanie radia z kieszeni, torebki, czy roweru, bez słuchawek.
Pan nr5 z panią nr1 przesuwali na lince taki jakby wazonik i on potrafi wpaść w takie wibracje, to też mnie przyciągnęło. Gapiłam się na wszystko, sama korzystając z wolności i też sobie zaśpiewałam mój ulubiony repertuar…ha ha! Zagadałam z drzewem, kora wycisnęła mi łzy i potem wytarła. I byłam coraz lżejsza, czułam się bezpiecznie.

Niedaleko wyjścia grupa panów grała w zośkę, ale ich zośka jest z kilku płaskich krążków metalowych i gumowych zakończonych piórkiem. Idę dalej.
Oto i zdjęcie. Przed tym wielkim drzewem jest kamień, za którym pan nr2 ćwiczy tai – chi. Za krzakiem po prawo, pan nr1 gra na fletach.

No comment. Osiedle.