KRS: 0000298436
cel szczegółowy:
Karolina Buczma
nr konta:
86 1090 2040 0000 0001 1113 9744
tytuł wpłaty: Karolina Buczma

Rak wspak

Rak wspak to Kar, a Kar to początek od Karolina

lemoniada


wkoło trzech guzów 4centymetrowego, 2.5 i jeszce jakiegoś wymiaru, liczne siostrzane zmiany.

głowa do góry. podejmuję ciężką decyzję by nie być smutna i zła, będe płakać ale jest jak jest.

co robić? jedzie tu Siora, Gustaw poszedł dla kuzynki po parówki. kończe makietę.

nie wiem może ta chemia go spowalniała, może siostrzane planety byłyby jeszcze wieksze?

słucham lemoniady. Cały czas tulę się do Inżyniera.

chodzik

Co ma kształt mojego cierpienia najbardziej??? Cały czas jednak czuję że mimo prób i działań nieraz nie potrafię, nie otwiera się to tak, jak dziś w jadącej niebieskiej skodzie, jak patrzę jak G. patrzy mi na usta i chce śpiewać tak jak ja. Fantazja! To tu i teraz! A ja do przodu, wciąż zamyślona, wciąż przyszłość, podczas gdy tu robię makietę, zupę, szalik, czapka, torebka, kilka wyprostów spuchniętą stopą, farbowanie koszulek, rysowanie, patrzenie na miętę.

Łatwo łatwo łatwo łatwo mówić, a w każdej z tych rzeczy kryje się jutrzejszy wynik tomografii komputerowej wątroby. W każdej z tych rzeczy kryje się lewaa stopa co odmówiła współpracy wczoraj. Przenika też zniknienie, zamilknięcie Joanny S. czyli Chustki, mojej pobratymki rakowej. Jestem trochę bardziej wystrzelona myślami w przód, bardziej eksplllloduję, świstam i nie potrafię utrzymać emocji na wodzy, wypluwam z karabinu łzy żal i brzytwy.. zastanawiam się jak Joanna ustała, jak ucichło jej serce, mózg? Niezwykła KOBIETA, najbardziej ceniłam w niej też to, że chciała jak ja i BYŁA uważna na chwilę, która trwa!

Wczoraj wieczorem przeniosłam cały stan swojego ciała do strefy poczekalni albo rzeczy niewidzialnych, drugoplanowych, na rzecz wyboru chodzika. Wybrałam sobie dwa mercedesy. Dziś myślę o tej swojej naiwności, ucieczkach od tych drewnianych nóg…. Dobre to! Mam dwa modele. Jeden jest chyba taki miejski wręcz sportowy.

Chcę chodzić myślę sobie w głowie szarpiąc się schodząc tyłem ze schodów. Drugie szarpnięcie kopnięcie to zachować to co jest. Nie wnikać czy to marne czy nie czy na chwilę. Wiecie że już kroczka malutkiego takiego pyk nie robię sama? Dlatego ten ruch emocji w stronę chodzika. Jestem gotowa pracować nad poprawą tego co jest i błagam o zachowanie tego co jest! Szanuję możliwość schodzenia tyłem ze schodów i wciągania się po poręczy. Szanuję to co zostatało, to co mam i korzystam z tych możliwości.

Teraz mam wypożyczony chodzik, ma siedzisko z którego uwielbia korzystać Gustaw. Idę i mogę go przewieźć, ja sama! Trochę śmieszy mnie to bo idę bardzzzoooo wolno, a on siedzi, jest taki jakbym na chwilkę uwięziła go w niewidocznym stopczasie, ale nie ucieka, siedzi i rozgląda się. Myśli sobie, żeby potem otwierać mi serce otwierając kuchenną szufladę i wyciągając turystyczny łyżko- widelec. O moja ulubiona dwukształtowa łyżeczka.

Pójdę do przodu z chodzikiem czy bez. Czarny bez czy melisa. Dziurawiec czy mlecz

Nazwana podpórką Yola w moich myślach zmyslowo zmiękczam po polsku Jollla

i dwa mercedesy

</a

zbyt entuzjastycznie o Szymborskiej

Mój kolega poezje czyta w toalecie. Podarował mi znajomość z Krystyną Miłobędzką, B. Zadurą. Przyjęłam, oblizałam dobrym smakiem, mam to. Mój poeta centralny, wiadomo, pod skórą zawsze, Gałczyński. Jest jeszcze ulubiony Białoszewski i dalej dalej Urszula Kozioł. Szalenie się nie interesuję tą poezją, ale lubię ją jak skurczybyk. Czytam z wrażeniem, że coś rozwiązuję. Detektyw następujących po sobie słów, znaczeń. Może jednak uniknę nieudolnej, żeby nie rzec idiotycznej definicji poezji. Jak ja się boję, wstydzę, banalności w którą i tak wpadam. No i co z tego?

Szymborska. Przyznać się, czy nie? Pierwszy raz sięgam. Może było w koło niej za dużo szumu, a ja prawie zawsze pod prąd chciałam, sama coś znaleźć. I znalazłam inną noblistkę zanim nią została, jak karmiłam Gustawa piersią w 2009 roku. Dumnam ze swojego nosa, Herty i Syna. Polecam jak psu kość. Koniecznie od „ Lis już wtedy był myśliwym”. Herta Muller.

Szymborska we czwartek, sama weszła, wcisnęła się w myśl, dłonie. Zadrżałam, raz spłakałam jedną łzą, raz zaśmiałam, raz zaskoczyłam przenikliwością i tą spostrzegawczością zawodowego poety podczas jednej filiżanki ergrej w Tajnych kompletach w przejściu Garncarskim. To jest „księgarnia rynkowa”, tak mówi o niej Gustaw. Ogarnął mnie we czwartek ten entuzjazm, jakiego mi brakowało, od kiedy pojawiły się zamiast moich nóg, nogi od stołu. Entuzjazm, w całej sieci zabłysło i postanowiłam zrobić Szymborskiej Oskara, nagrodę, jestem Wisławie to winna. Mąka, sól i Oskar Sznurecki wyłonił się z tej masy. Jestem dzielniejsza dziewczyna, jakoś Ci to wręczyć Szymborska…

Wyszły nam jeszcze z masy produkty soboty, dobra robota. Przede wszystkim chcę trzy głodne psy, takie z pustymi brzuchami. Jest jeden. Jeden ślimak Inżyniera, lizak, podkładka pod gospodarza Gustawa.

Ps. Dziś nóżki masakra, będzie przeorganizowanie w następnym tygodniu. Dziś z rozpaczy uciekałam w chłopaków i ten blog. Czytam komentarze i jakbym była głaskana. Dziś o 10.00 mówię w tej rozpaczy, że czuję się jak pies na wojnie. Obnażam rozpacz i czekam aż mi ulży.

Udaję, że niespodziewanie przyszły imieniny Inżyniera!

przynudzę

Syn na basenie. Usiadłam by napisać entuzjastycznie o Szymborskiej, ale to chyba jutro. Teraz chciałabym oficjalnie coś wyrzygać. Zaczynam.

Dla Gustawa to już noc, kiedy wyruszam na lampy, podgrzać kość krzyżową. Dla mnie to jakieś wejście w film. 20.00, puste szpitalne korytarze, podłoga cicha, ale z większym echem. Drzwi tych popołudniowych, otwieranych, zamykanych, otwieranych, zamykanych, otwieranych, zamykanych gabinetów, pokojów zamknięte i nikt nas nie mija. Powoli przesuwam się do przodu, ugniatam i napieram na ramię mojego Troskliwego Prowadzącego. Ciało czuję jako cielsko, coraz cięższe, coraz większy bezwład nóg, coraz wolniejjjjj, coraz silniejsze emocje w każdym kroku, podczas którego chce zachować jak najwięcej samodzielności, a samodzielność w tym kroku jest jak milimetr.

Podchodzimy pod fioletowy Clinac, tak powiedziała pani doktor, fioletowy Clinac. Urządzenie do spalania komórek, które ma mi pomóc w bólu, które ma spowodować, że będę mogła zmienić bok i spać też na lewym, bo już się boję, że na prawym wyprostują mi się loki! Urządzenie, które, jak orbita wkoło mnie leci z kosmicznym dźwiękiem starego komputera Odra, jakieś głuche yyyyyyyyyy. Potem zabieram swój ręcznik i idę do domu. Siadam w samochód i luźnymi ulicami jedziemy do domu.

Zapadam się w myślach chcenia. Za szybko to było dla mnie, by w kolejny tydzień, dwa, własne nogi stały się znowu jeszcze bardziej obce. Równowaga, jej brak jest ostry, brzytwa, siekiera, młot. Boli. Boli.

Słyszycie mnie, wysłuchajcie mnie, płaczę. Chce mi się wyć tak mocno, ale to nie jest stan w którym tkwię jak w tatarak w stawie. To są chwile, to jest ta niewiadoma teraz, której tak mocno doświadczam. Smutek w stawie o którym informuję. Myślałam czy mogę tak smutkiem wiać i zawiałam.

I jeszcze spowiadam się ze złości, agresji, która narosła, dlatego, wyje, upuszczając milimetry sprawności, metry myśli o sobie. Wyżyć się, złapać Inżyniera, dokopać mu, zawarczeć, on to zniesie, zawarczeć. Wyrzucić, jutro pójdziemy krzyczeć, a zaraz mu pośpiewam.

Rzygam, niestrawność tej chwili leczy. Dezynfekuję się, dezynfekuję gardło, mózg, czyszczę, wyć i wpuszczać światło jak szczotkę. Za dużo wyplułam? Obarczam? Nie ukrywam, że jest mi ciężko, ale to nie jest stan mojego umysłu, potrafię się odciąć. Ważę chwilę, dzielę i mnożę, ciekawię się następnej. Idę na serial, mąż woła na rozrywkę. Piję herbatę z patyków, wiśni chyba, a wydaje się czekoladowa.

I jeszcze spowiadam się dziadkowi H. kupiłam 50g miodu spadziowego, tylko spróbować. Do jutra!

druty, szydło i mgła

Jest ciepło, wychodzę i czuję jakby powietrze mnie ubierało. Chmury nisko nad głową. Podoba mi się. Najbardziej bezwiatr i ciepło z kolorów liści z mgły z ulicy parującej, nie wiem skąd to ciepło. Dziś pożegnanie ze śliwkami, jeszcze raz doczłapałam się po dwa kilo, przed zimą, za jedyne 9.80 zł kilo! Szaleństwo jesieni.
Człapię coraz ciężej. Oooooj ciężej, napełniam komórki nowotworowe nocą światłem i odsuwam od rdzenia kręgowego, od mojego L5. Ucisk jest mocny, nie puszcza, wstaję z łózka i łapię niewidoczną prostą, próbuję utrzymać pion i szeptam sobie, potrafisz…, bez podpórki ani ruszę. Nieraz z ciemności Mój Inżynier sennie wyciąga dłoń i jak koń swój wóz prowadzi przez cichy przedpokój do łazienki, potem dalej śpi, a ja sobie myślę o kolorach szalików dla Nich.

Niegrzecznie powiem, że szkoda mi czasu na pisanie, wciąga mnie wełna, każda minuta to centymetry szalików. Syn już ma swój, zrobiony na szydle, jeszcze dla męża na drutach. Ja tez będę miała i synowi jeszcze jeden na drutach i czapki i łapki na szydle. Przyznam się co myślę robiąc te szaliki. Tymczasowość każdego przecież, nieuniknione, nie wydaje się, takie jest. Może zniknę za rok może za dziesięć lat, chcę, żeby mieli te szaliki. Chcę żeby mieli te ciepłe szaliki ode mnie. Cieszy mnie to, że mogę!! Widzę możliwości, widzę możliwości czasami przez łzy bezradności, kiedy mam wrażenie, że kończy się siła i że to już jest DOŚĆ DOŚĆ, to idę z tym ślepym kotem i latarnią w noc na spacer i widzę tyle możliwości. Możliwości, to takie hasło pod którym sobie chowam działania, myśli, nadzieję, moc, wiarę, uśmiech, cacao.

Dziś zakupiłam trzy rodzaje cacao, będę degustować, zamierzam znaleźć w mieście jeszcze inne marki. Będę ekspertem na osiedlu w sprawie cacao? Podoba mi się to. Podobania ostatnie, to jeszcze książka Brygidy Helbig, „Enerdowce i inne ludzie”, lekka, do wciągania jak makaron. Inżynier szuka mi śmiesznych seriali, a mi od roku chce się „Hydrozagadki” Kondriatiuka, czekam.

Dziś zupa Dahl: 4 pomidory, szklanka czerwonej soczewicy, ziemniak, marchewka, por, pietruszka, szklanka mleka kokosowego i przyprawy, sól, pieprz biały, gałka muszkatołowa, kminek mielony, papryka słodka.

Pamiętać zachować umiar w jedzeniu. Pamiętać zachować umiar w jedzeniu. Pamiętać zachować umiar.
Idę się wełnić. Wełnić. Wełnić.

sobota urodziny kota

lubie noc
kuchnia
cisza
każdy dżwięk osobno odchodzi w przestrzeń
zwiększona słyszalność
erly grey i ciastka z miodem, robię sobie markizy
dlaczego markizy?
zaraz coś zgoogluje:

- ciastko
- tytuł aryatokratyczny
- daszek nad wystawą.
no nie satysfakcjonuje mnie ta odpowiedż panie google.

a jeszcze orzechy i ich obieranie ze skórki
i to, że tylko przez chwilę będą mokre świeże, soczyste i chrupiące!!!
dziadek patrzy jak pieczołowicie odzieram małe mózgi z ich jasnobrazowych pofałdowanych ciałek : nie lepiej poczekać aż wyschną?
jak to zatrzymać!
pamietać. pamiętać, pamiętać, pamiętać,
tymczasowość jest nasza.

ta pamięć rzeczy mniej ważnych jest mimo woli, dryfująca w pofałdowaniach orzechowych mózgów. pamiętam tyle rzeczy mało ważnych, więcej niż tych co trzeba. kto przez lata pamięta prędkość z jaką porusza się kret w swych korytarzach? i ile ziemi za jedym razem może przesunąć swoją małą różową łapka?
Maja kto?!!!!

noc jest od spania. ciastka zjedzone. herbata już w pamięci.

rehabilitacja dzien 9

Zniknęłam, pochłonął mnie szalik Gustawa. Szydło, wełna, motanie. Pajęczarka wije sieci.

Odkryłam tajemnicę czerwonego dębu, zza okna masażu kończyn dolnych, jedna z nich dziś przerwała masaż. Moja skóra pokryła się trądzikiem, ja nazywam to ropą i pryszczami, ale google mówi trądzik chlorowy. Trąd ten jest skutkiem ubocznym chemioterapii, ale przyjmuję go pobłażliwie, może być oznaką działania chemii. Niestety dwa tygodnie ucierania pryszczy na łydkach stały się nie do zniesienia, w obawie o stan zapalny kończyna lewa powiedziała stop.

Wracając do dwóch tygodni spotkań z dębem czerwonym o żołędziach większych niż ten zwykły i gronostajowych czapkach podobnych do beretu Pata z czeskiej bajki Sąsiedzi. Do tej pory dąb był zielony i już nie jest. Tymczasowość. Dąb staje się czerwony, jak czerwień, której nie widziałam tej jesieni. Ta tymczasowość jest każdego. Tymczasem Tadek i G śpią i ja też bym chciała, ale wyśpię się jutro. Znikam, niech pochłania mnie szalik.

9 i ostatni jak na razie dzień rehabilitacji.

rehabilitacja dzień 6

Dziś już tylko masaż. Był. Leżałam z otwartymi oczami, drzewo za oknem zmienia kolor.

Jestem nadal człowiekiem. Poznaję siebie i nie wiem na ile zostawiać niewiadome. Świadomość jest czasami olśniewająca, prosta. Zwiększenie dawki sterydu spowodowało zwilczenie apetytu. Jedyna gromka radość pochodzi od Gustawa. Reszta życia toczy się pod stopami, miedzy posiłkami. Wszystkie chwile rejestruję, ale entuzjazm znikł, widzę muszki owocówki pod słońce, pod modrzewiem i są jak z bajki, jak w noc świetliki, tułają się. Widzę i nie otwiera mi się serce, patrzę. Jestem.

Flustrujący jest mój repertuar zabaw z Gustawem. On potrzebuje ruchu, akcji, to wywołuje u niego śmiech, jakiego nie słyszę robiąc znaki drogowe, ciastka i inne stateczno – plastyczno – kulinarne zajęcia. Jestem zazdrosna o ten jego śmiech. Wieczorami, nie tłumacząc swojej bezradności wobec ruchu, przypominam mu, że ze mną też było ciekawie.
Nie poddaję się.
Sobota.
Wyprowadzam w park chłopaków, uprzednio namalowawszy z Gustawem oczy i opatrzywszy wyjście tytułem:

Patrzeć i widzieć.

rehabilitacja dzień 5

Na manualnej gwoździa wbił w łopatkę, zaprotestowałam grymasem, powiedział, że to mało przyjemne miejsce. Mało? Dostatecznie dużo by mu oddać, walnąć, pod żebra na zakończenie tygodnia. Przeleżałam do końca zapatrzona w świetlika na suficie, czyli dziura z oknem i mleczną szybą, na której kiwa się cień konara drzewa, którego marki nie sposób rozpoznać.

Uważam, że terapia przyniosła skutek. Odczuwam to w sposobie podnoszenia stóp nad ziemią, jest lżejszy. Procentowo nie jest to jakaś wielka poprawa, pewno jakieś 2 może 3 procent poprawy jakości chodu, ale dla mnie to dużo, że coś się zmienia, że działanie ma skutek. Równowagi nie odzyskałam, bujam się, jak bujałam, bo to pewno kwestia rdzenia.Rdzeń, też ciekawe.

Rdzeń – centralna część jakiegoś przedmiotu, oś. Oś – centralna linia danego układu, główny punkt, istota czegoś. Element mechanizmu lub maszyny, służący utrzymaniu w określonym położeniu osadzonych na tej osi wirujących elementów.

Moje wirujące elementy to loki, które dziś dostały ekstra odżywki. Nieufnie je umyłam, powoli podchodziłam do lustra z dużą ciekawością czy nadal tam będą loki czy tylko włosy.

No i zwycięstwo w poszukiwaniach butów, zwycięstwo praktycznej części wirującej mnie wokół osi. Buty nie są szczytem marzeń, ( Inżynier mówi, że nie rozumie kobiet, to po co sobie je kupiłaś? ), bo potrafię w nich chodzić, są ciepłe i jak zasłonię ich górę spodniami są nawet ładne i ich cena nie wymaga wyrzeczeń w budżecie kuchennym!!! A buty które są piękne i w których nie umiem chodzić i w których stopa wykrzywia mi się, jak siostrom kopciuszka, zostały w sklepie same. Błękitne, lekko zmarszczone. Kiedy je tam zostawiałam w tym zimnym sklepie, chciałam jeszcze wrócić i je przytulić.

Dziś 11 dawka chemiczna, była. Pospałam, a wieczorem wypiłam pierwszą od 3 lat kawę. Espresso! Dzięki niej chyba tu wirują moje elementy górnej osi układu ruchu, kończyny piszące.

rehabilitacja dzień 4

Rehabilitacja nóg, przebiega sprawnie, przechodzę z gabinetu do gabinetu. Masaż uświadamia mi istnienie stóp. Dziś podczas ucisku środkowej podeszwy poczułam taki ból jakby ktoś mnie walnął młotkiem, pan mówi że to nerki, kolejne walnięcie to była wątroba, te uciski to refleksologia. Punkty odpowiadające w stopach za narządy.

Moja refleksologia na czwartek to nerwy, wszelkie, z których jesteśmy, które są chyba najważniejsze, nie czyniąc jakiejś wielkiej analizy. Moje porażone nerwy nie dają czuć, moje uciskane korzenie nerwowe nie dają chodzić. Dołączyć do tego nerwy szargane, trzymane na wodzy, nerwy wyrażone, tłumione, wszystkie mają funkcje, te w ciele właściwie decydują o życiu? Coś takiego, jak mówię bez większej analizy, mój układ nerwowy już rozluźniony nadto. Nerwy decydują o samopoczuciu. Nerwy mają największy wpływ na życie. Już prawie zasypiam. Pisałam z sensem? Nerwobóle, wszystko o takiej mocy, bycia, sile życia. Nerw.

Mistrzostwo to kupić buty na te zdenerwowane stopy. Szukałam już wszędzie, buta w którym mogę chodzić i który byłby odpowiedni do pory roku. Dziś byłam skłonna oddać całą miesięczną rodzinną stawkę żywieniową, za wygodny but, ale takiego nie znalaz łam.
Hrrrrrrrrrrrrrrrrr

opozycją nerwu spokój o który trzeba zadbać